Byłam wczoraj, wraz z Martą, Asią, Misią, Klaudią i Pawłem vel Fiszerem, na sztuce „Tramwaj zwany pożądaniem”.

„Tramwaj zwany pożądaniem” jest historią starzejącej się kobiety, która przepuściwszy resztki rodzinnego majątku ucieka do swej siostry do Nowego Orleanu. Tu jednak – zamiast schronienia – czeka na nią rozczarowanie: brutalny szwagier odziera ją z resztek iluzji, co w rezultacie prowadzi do choroby psychicznej.

Muszę przyznać, że sztuka była po prostu boska! Wspaniała gra aktorska, cudowna muzyka, świetny kontakt z publicznością (która miała wręcz możliwość włączenia się do sztuki poprzez np. wspólne śpiewanie piosenki z aktorami), odważne sceny oraz język to niewątpliwie największe atuty tej sztuki.

Swoją drogą to niesamowite jak zupełnie obcy sobie ludzie mogą wypracować do siebie tak ogromne zaufanie, by móc bez skrępowania grać tak w odważnych scenach (aktorzy przecież całowali się, dotykali, a jeden z aktorów, Marek Tynda wcielający się w jednego z bohaterów, odwraca się tyłem do publiczności i zdejmuje spodnie). To aż niesamowite, że aktorzy mają takie zaufanie do siebie i nie boją się grać w tak odważnej sztuce!

Poza tym na uwagę zasługuje też gra Barbary Kałużnej, która idealnie ukazała ludzką samotność i zagubienie. W ogóle wszyscy aktorzy grali po prostu fenomenalnie i to sprawia, że aż musiałam napisać tę notkę, gdyż jestem tak podekscytowana sztuką, że nie mogłam sobie darować. :)

Jeśli ktoś z Was jeszcze nie widział sztuki „Tramwaj zwany pożądaniem” Tennessee Williams’a to gorąco polecam, bo zapewnia ona niezapomniane wrażenia!